Przychodnia Medycyny Naturalnej BIOTON

00-561 Warszawa, ul. Mokotowska 14  /plac Zbawiciela/
tel. 22- 628-50-32,  22- 622-17-84,     kom. 668-103-170

przyjmujemy:   pon - pt   w godzinach  9 - 15
w budynku PCK,  lokal 712  (VII piętro)

(do końca listopada 2015 byliśmy przy Polnej 40)

 
 
 

 

BIOTON Szkolenia Lokalizacja Bioterapeuci

Lista dolegliwości
przy których działanie Pawła Połoneckiego
może przynieść ulgę, poprawę zdrowia, ustąpienie stanów chorobowych:

- epilepsja
- niewydolność nerek
- problemy ze wzrokiem
- problemy ze słuchem
- cukrzyca
- białaczka
- rany otwarte
- rany wewnętrzne
- rany trudno gojące się
- wrzody
- złamania
- przyspieszenie zrostu kości
- astma
- wszelkie alergie
- podwyższone ciśnienie
- problemy z trzustką
- problemy z wątrobą,
  wirus C
- system trawienny

  a także:
- uśmierzanie bólu

powyższa lista jest zgodna z informacjami podanymi na stronie:

 www.polonecki.pl 

 

 PAWEŁ POŁONECKI - fenomen znad Wisły 

Paweł Połonecki, zdjęcieJego pomoc jest bardzo skuteczna w schorzeniach trudnych do wyleczenia tylko metodami medycyny konwencjonalnej takich jak: dziecięce  porażenie mózgowe DPM, autyzm, padaczka u dzieci, alergie, zez /bezoperacyjna likwidacja zeza/, nerczyca, choroby reumatyczne; niepłodność małżeńska, bezpłodność mężczyzn, nowotwory - guzy, bóle nieznanego pochodzenia.  Wzmacnia siły witalne, a jego podopieczni mówią – każdego słabeusza stawia na nogi.

UWAGA !
Paweł Połonecki przyjmuje pacjentów 
w Przychodni BIOTON w Warszawie;
zaprasza w czwartki w godzinach od 9 do 14

(czyli nieco krócej niż czas pracy Przychodni).

Na początku 2011 roku Telewizja Polska TVP Info w cyklu Medycyna niekonwencjonalna - Fakty i Mity  prezentowała materiały faktograficzne na temat bioterapii.  Dwukrotnie gościem tych programów był p. Paweł Połonecki.

Książkę  „Moc dotyku – fenomen Pawła Połoneckiego”  wydano w Kanadzie i w Polsce.

Poniżej relacja pani Ewy Puciłowskiej - fragment książki „Moc dotyku...”

Życie jest wartością największą, aby jednak było pełne, potrzebne jest zdrowie.

Gdy zachoruje dziecko, matka gotowa jest zrobić wszystko, aby wyzdrowiało.
Czasami „wszystko" nie wystarcza   stajemy bezsilni w obliczu nieuleczalnej choroby.

Czasami potrzeba dotyku rąk pana Pawła Połoneckiego...

Nie ma takich słów, które w pełni oddałyby wdzięczność matki za zdrowie dziecka.
Nazywam się Ewa Puciłowska. Mam 32 lata i jestem matką siedmioletniego syna, który w wieku dwóch lat został zdiagnozowany jako dziecko autystyczne. Z zaleceń specjalistów wynikało, aby najlepiej umieścić dziecko w zakładzie specjalnym, ponieważ nie ma żadnej nadziei, by dziecko kiedykolwiek rozpoznawało nas jako swoich rodziców.

Nasz syn nie mówił ani nie gaworzył jako niemowlę, nie chciał bawić się zabawkami tak jak inne dzieci w jego wieku. Nie reagował na nic z wyjątkiem światła i swoich paluszków, którymi zabawiał się jak zahipnotyzowany poruszając nimi na przeciwko swoich oczu. Jedyny dźwięk jaki wydawał to był krzyk. Ostry, przenikliwy krzyk, który rozbrzmiewał w naszym mieszkaniu kilkadziesiąt razy dziennie. Krzyczał gdy chciał jeść lub pić i gdy cieszył się oglądając swoje paluszki. Nie lubił być brany na ręce, dotykany, wtedy krzyczał i uderzał siebie w główkę swoimi małymi piąstkami. Nie reagował na swoje imię, nie rozumiał co się wokół niego dzieje i nie wiedział kto to mama.

Byliśmy zrozpaczeni. Po nocach płakałam i czytałam starając się zrozumieć, poznać przyczynę, znaleźć rozwiązanie, nie mogąc pogodzić się z bezsilnością. W dzień staraliśmy się zainteresować nasze dziecko czymkolwiek. Mogę śmiało powiedzieć, że stałam się ekspertem w dziedzinie autyzmu, nie polepszało to jednak stanu zdrowia mojego dziecka. Odwiedziliśmy jeszcze jedną panią doktor, która jedynie potwierdziła poprzednią opinię pediatry i zaczęły się nasze wizyty raz na dwa tygodnie u logopedy, neurologa, psychiatry. Wykonywaliśmy wszystkie zalecane ćwiczenia, ale nasze dziecko nadal na nic nie reagowało. Zalecono nam kilka programów przedszkolnych dla dzieci specjalnej troski. Widzieliśmy inne dzieci autystyczne, monotonnie kiwające się, pozostawione same sobie w piaskownicach lub biegające od ściany do ściany w przedszkolnych pokoikach. Nie mogliśmy zdecydować się na zostawianie naszego dziecka w takiej „przechowalni".

Gdy syn miał dwa i pół roku znajomi pokazali nam artykuł w gazecie o leczeniu pana Pawła Połoneckiego. Mój mąż był nastawiony bardzo sceptycznie, jednak zdesperowani coraz większym opóźnieniem rozwoju naszego syna jak również znikomymi szansami ze strony lekarzy, podjęliśmy decyzję o wizycie u pana Pawła Połoneckiego.

Mówi się, że cudów nie ma, każdy jednak pragnie wierzyć.

Po pierwszej wizycie u pana Pawła Połoneckiego, zgodnie z jego zapowiedzią, nasz syn spał ponad dwie godziny. To przebudzenie będę miała w pamięci na zawsze. Zatrzymaliśmy się na parkingu supermarketu, aby zrobić zakupy. Nasze dziecko obudziło się bez krzyku i po raz pierwszy w życiu wyjrzało za okno. Nie spojrzało na swoje paluszki, ale po prostu spojrzało z zainteresowaniem. Do tej pory nasz syn patrzył na wszystko tym samym nic niewidzącym spojrzeniem zamyślonego starca, który nie widzi i nie dba co się wokół niego dzieje.
   Teraz jego oczy poruszały się za przejeżdżającymi samochodami i przechodzącymi ludźmi.
Te oczy patrzyły i wreszcie widziały. To spojrzenie żyło.

Trzy dni trwało przebudzenie naszego syna. W ciągu tego czasu nauczyliśmy go rozpoznawać rzeczy wokół - uczył się szybko. Po trzech dniach jakby zaczął wracać do stanu poprzedniego bez zainteresowania patrzył na obrazki i zabawki. Jednak nie zapomniał tego, co poprzednio zapamiętał i z wielkim trudem, powoli ożywiał się co jakiś czas wykazując zainteresowanie nowymi rzeczami. Coraz bardziej z każdą wizytą u p. Pawła Połoneckiego nasze dziecko budziło się do życia. Miało świetną pamięć. Pewnego dnia podbiegł do mnie wyciągając rączkę dotknął mojego podkoszulka i powiedział: kwiatek wskazując na duży słonecznik. Pierwsze jego słowo. Podniosłam go do góry wirując z nim z radości. Wiedziałam, że wszystko będzie dobrze. To nic, że trzeba mu nadal przecierać jedzenie ponieważ nie umie przeżuwać, dławi się. To nic, że nie umie wchodzić po schodach, skoro może mówić, uczy się coraz więcej, coraz mniej krzyczy i wreszcie zaczyna śmiać się! Trudno jest żyć nie słysząc śmiechu własnego dziecka.  W wieku czterech lat mój syn obudził mnie rano całując w policzek i powiedział: kocham cię.

Jeździliśmy do p. Pawla Połoneckiego co dwa tygodnie przez około 5 miesięcy. Postęp naszego syna był tak zauważalny, że specjaliści stwierdzili, że musiała być pomyłka w diagnozie. Nie będę dyskutować na ten temat, gdyż jako nauczycielka plastyki z Polski i studentka psychologii na uniwersytecie w Toronto znam stanowisko naukowców w tej sprawie.

Nasze dziecko nadrabiało zaległości z każdym dniem. Wizyty u p. Pawła Połoneckiego potęgowały jego receptywność. Obawialiśmy się, że po wyjeździe p. Połoneckiego nasz syn zatrzyma się znów, jednak tak się nie stało. Nadal robił postępy chociaż nieco wolniej.

Konrad ma obecnie 7 lat. Jest normalnym, zdrowym dzieckiem, kończy pierwszą klasę z najlepszymi ocenami, uczy się języka francuskiego bez problemu i zdobył rok temu żółty pas karate. Jest odrobinę nieśmiały, ma wspaniałe poczucie humoru i z pewnością nie można posądzić go o małomówność, gdy wykłóca się o dodatkowe pół godziny gry w nintendo. W systemie nauczania kanadyjskiego Konrad został zaklasyfikowany do grupy dzieci specjalnie uzdolnionych.

Nasza wdzięczność dla p. Pawła Połoneckiego jest przysłowiowo dozgonna i trudno jest znaleźć odpowiednie słowa podziękowania za bezcenny dar, którym jest zdrowie naszego dziecka.

 
łąkoe kwiatu Podtatrza
poprzednia strona

naturoterapia   ·   medycyna holistyczna   ·   bioenergoterapia   ·   bioterapia

 w górę